czwartek, 8 sierpnia 2013

Błękitny Meczet

Wczoraj było z nudów o Stambule.
A dzisiaj, jako że na Rozkręconych Myślach kawałek czasu temu pojawił się temat, który do mnie bardzo, bardzo przemawia, zdecydowałam się także i tutaj spróbować swoich sił.



Jakiś rok temu włączył mi się szwędecz i od tego czasu zdążyłam już dwa razy być w Turcji (raz na tydzień, raz na trzy miesiące), w Berlinie przez kilka dni i tydzień czasu w Macedonii a za chwilę mam nadzieję pojechać na rok do USA, temat wyzwania przemówił do mnie idealnie.


Turkusy, wiadomo. Błękit, niebieski, kremowy, trochę złotego. Recycling dokonany na starych klipsach babci, która wieki temu mi je oddała ze słowami 'może Ci się przydadzą'. Kły z koralu idealnie imitują kość słoniową ^^







Będąc w Stambule drugi swój dzień zaczęłam od zwiedzania Eminönü, Targ Kukurydziany, Topkapı Sarayı... Później chciałam znaleźć Hagia Sophia. I skierowałam się w stronę dumnie wznoszącego się na końcu zielonej alei, białego meczetu, z minaretami barwy kości słoniowej wspierającymi niebo, aby nie runęło zachłyśnięte zachwytem. Słońce połyskiwało nad kopułami. 
Wierzyłam, że to Hagia Sophia, na prawdę.
Okazało się jednak, że dotarłam do Błękitnego Meczetu, Blue Mosque, Sultanahmet. Zielonymi alejami prosto w paszczę cudu. Bestii szczerzącej kły jak perłowy smok, który wynurzył się z otchłani Morza Egejskiego i teraz spoczywa z gracją na brzegu, przymyka ślepie, oddycha spokojnie. 
A my, mrówki - ludzie wchodzimy do jego wnętrza, by wznosić modlitwy do Allaha, Boga, kogokolwiek.
Zagubiona, niepewna i nieśmiała wobec jego piękna, odnalazłam wejście dla turystów. 
Przyznam, że siedziałam w nim kilka minut, obserwując innych, bo nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić i jak się zachować. A w żadnym wypadku nie chciałam naruszyć świętości i godności miejsca.
W końcu wyrobiłam odpowiedni skrypt.
Zdjęłam buty a moje stopy pochłonął miękki, turecki, bogato zdobiony dywan. Potem uśmiechnęłam się do mężczyzny rozdającego chustki. Błękitne. Jak meczet, jak niebo, jak turkus. Owinęłam głowę, schowałam pod chustą włosy z nabożną świętością. Na chwilę stałam się kimś innym, respektując prawa miejsca, reguły bestii, zasady smoka. 
Wnętrze potwora ociekało złotem, czerwienią i błękitnymi, misternymi malowidłami. Arterią precyzyjnych fresków. Szmer rozmów i modlitw był jak szept wdychanego i wydychanego powietrza. Cisza. Chłód kamieni. I ten miękki dywan.







1 komentarz:

  1. Świetne kolczyki! Bardzo mi się podobają, uwielbiam takie orientalne klimaty. No i jakie równiutkie :) Klipsy po babci idealnie wpasowały się w całą koncepcję.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń